Wiele osób zakłada, że skoro coś jest dostępne w internecie, można swobodnie udostępniać to dalej - zwłaszcza na prywatnym profilu, koncie parentingowym czy lifestyle’owym. Internet bardzo szybko zaciera granicę między „oglądaniem” a „używaniem”. A przecież to, że coś widzimy codziennie w mediach społecznościowych, nie oznacza jeszcze, że możemy wykorzystywać to bez ograniczeń.
Prawo autorskie i znaki towarowe chronią takie postacie wyjątkowo szeroko. Oznacza to, że ich wykorzystanie - nawet w pozornie niewinnym poście, relacji czy rolce - co do zasady wymaga zgody właściciela praw. Sama dostępność grafiki w Google czy na Pinterest nie daje prawa do jej ponownej publikacji.
W social mediach szczególnie łatwo przeoczyć ten moment, w którym konto przestaje być wyłącznie prywatne. Czasem nie sprzedajemy niczego bezpośrednio, ale budujemy markę osobistą, społeczność albo rozpoznawalność. A to wystarczy, by publikacja zaczęła mieć charakter marketingowy.
Co ciekawe, problem nie dotyczy wyłącznie kopiowania oficjalnych materiałów. Naruszenie może pojawić się również wtedy, gdy wykorzystujemy postać w sposób wyraźnie kojarzący się z konkretną marką - nawet jeśli grafika została przerobiona albo znaleziona przypadkiem w internecie.
Prawo nie chroni samego pomysłu na „bajkową postać”. Chroni jednak konkretny sposób jej przedstawienia - charakterystyczny wygląd, elementy wizualne, a często także skojarzenia budowane przez lata wokół marki. I właśnie dlatego argument: „przecież wszyscy to publikują” zwykle nie ma większego znaczenia.
Myślę, że to jeden z najbardziej mylących elementów współczesnego internetu. Im częściej coś widzimy, tym bardziej wydaje nam się „wspólne”. Tymczasem wiele obrazów, które traktujemy jak część codziennej estetyki online, nadal pozostaje czyjąś własnością - nawet jeśli funkcjonują w sieci od lat.
W marketingu online łatwo ulec wrażeniu, że skoro coś wygląda niewinnie, to jest też bezpieczne prawnie. A przecież właściciel praw nadal decyduje o tym, gdzie i w jaki sposób jego postacie mogą być wykorzystywane.
Dlatego przed publikacją warto zatrzymać się na chwilę i zadać sobie bardzo proste pytanie:
czy naprawdę mam prawo użyć tej treści - czy tylko znalazłem ją w internecie?
Bo w przypadku rozpoznawalnych postaci granica między inspiracją, udostępnieniem a naruszeniem bywa zaskakująco cienka. I bardzo często nie zależy od naszych intencji, ale od samego faktu użycia.
A utwory/dzieła w Interneci, mimo swojej pozornej swobody, wciąż mają swoich właścicieli.
Hania